Element zazdrości. Marcin Rząsa o Heródku, twórczości własnej, sztuce i etnografii.

Ten nasz „Anioł” jest rzeczywiście tak piękny…

Prawdopodobnie znajomość pani Średniawy1 i ojca, spowodowała, że właśnie ta rzeźba do nas trafiła. Myślę, że tata ją bardzo lubił. Ojciec2 był nauczycielem w szkole Kenara, a mama była wychowawczynią w internacie. Rodzice mieli służbowe mieszkanie w internacie: wydzielona kuchenka, jedno pomieszczenie było pracownią ojca, a drugie było i sypialnią, i salonem, no i tam właśnie ten Heródek wisiał, w takim najważniejszym miejscu. Zawsze z jakąś dużą sympatią do tego „Anioła” podchodziłem. Sentyment do niego po ojcu odziedziczyłem. Zresztą prawda jest taka, że z prac artystów, to tylko Heródek i Hasior. Dwa razy „H”. Heródek wisiał na głównej ścianie, a Hasior nad moim łóżkiem, nad moją głową… Nie, nie… nie bałem się „Czarnego Anioła”, że tak powiem „trudne dzieciństwo” (śmiech). Dorastanie wśród artystów… Spotykałem się z bardzo różnymi rzeczami. Byłem przyzwyczajony.

*

W każdym domu jest taka opowieść…

Rodzice opowiadali dwie historie o Heródku. Podejrzewam po cichu, że to są historie mocno podkolorowane, ale są urocze. Nawet jakby były fikcją, to bardzo je lubię, a myślę, że może w nich być sporo prawdy. Jedna o marynarce z kwiatkami. Heródkek miał bardzo ciężkie życie. W pewnym momencie stało się tak, że z wioskowego głupka nagle stał się gwiazdą. Rodzina, która się nim opiekowała, zorientowała się, że to, co on robi, jest w jakiś tam sposób wartościowe. Myślę, że nie doceniali walorów artystycznych, ale pieniądze, które z tego mogły płynąć. No i podobno kiedyś postanowiono Heródka przedstawić jakiemuś dygnitarzowi. Nie wiem, czy to się nie wiązało z jakąś nagrodą3 za pracę twórczą. Heródka w takim stanie, w jakim on na co dzień funkcjonował, nie można było pokazać oficjelowi. Naprędce zakupiono jakiś garnitur. Garnitury w tamtych czasach wiadomo, jak wyglądały. Jakieś ponure szarobure mundurki. Przebrano biednego Heródka w ten garnitur. W pewnym momencie Heródek gdzieś zniknął, i jak go znaleziono, to okazało się, że ponacinał tę marynarkę i w te nacięcia powtykał kwiatki, które na pobliskiej łące nazrywał. Tak udało mu się ten ponury strój dzięki tym kwiatkom zaakceptować. Druga opowieść, też bardzo ją lubię, o tym, jak wyglądała przestrzeń, w której mieszkał. Ta jego komórka była magicznym, tajemniczym światem. Podobno była cała wyklejona kolorowymi gazetami, a w tym wszystkim mnóstwo rzeźb. Jak Heródkowi dokuczyła ta lipniczańska rzeczywistość, bo łatwego życia nie miał, to się w tej komórce zamykał i tam miał takie prywatne niebo.

*

Sam jestem rzeźbiarzem…

Fascynujące jest to, jak przy nieprawdopodobnie oszczędnych środkach – jakimi operował Heródek – można uzyskać tak porażający efekt. Ingerencji artysty jest naprawdę bardzo niedużo. Choćby patrząc na tego „Anioła”: gdzieś można się dopatrzeć, że siekierą trochę zarysował… niby dłonie się pojawiają…, niby ta twarz jest troszeczkę podmodelowana, ale tak naprawdę cały czas to jest po prostu surowy kawałek pniaka posmarowany farbą. Te skrzydełka też bardzo syntetyczne, proste. W kryteriach, czy artysta się napracował czy nie, jego wysiłek był minimalny. A jednak, te rzeźby są tak wzruszające i tak mocne. Nie potrafię obok tych prac Heródka spokojnie przejść. Są takie, które no… dobrze… następna, a są takie, że nie mogę od nich oderwać wzroku. Za każdym razem, jak nurkuję w magazynach muzeum tatrzańskiego i koło Heródka przechodzę, to w zależności od nastroju i momentu, w którym się jest, to nagle się ta podoba, nagle ta. Jak się patrzy na jakiegoś biskupa albo świętego, mają takie niesamowite skupienie. Pan Bóg jest jakimś absolutnym bytem, ale z tym Panem Bogiem układa się za pośrednictwem obrazu czy rzeźby. Dużo łatwiej mi się skupić i o jakichś ważnych rzeczach myśleć, patrząc na rzeźby Heródka, niż czasami na wytwory nawet doskonałe warsztatowo, gdzie jakby nie ma tego ducha, który jest w rzeźbach Heródka. Mam taki element zazdrości: zdumiewająca u Heródka jest ta zdolność operowania kolorem. Malowanie rzeźby jest rzeczą niezwykle trudną. Dysponując jak tutaj, białą i czerwoną farbą, po prostu umiejętnie, celnie je wykorzystuje. Ten klocek tak niby w bardzo prosty sposób pomalowany: do połowy na biało, do połowy na czerwono, ale gdzieś bardzo subtelnie: te smutne usta, do tego „z gestu” te kropki – plamy na skrzydłach. W taki bardzo subtelny sposób te oczy zarysowane… No jest to rzeczywiście do pozazdroszczenia. Robiąc te mniejsze swoje formy, może inspiracja i fascynacja Heródkiem jest podskórna, jest taką rzeczą nieuświadomioną. Przy dużych rzeźbach, które robię, bardzo mi zależy na maksymalnej prostocie i surowości tych form. Ta ascetyczność prac Heródka jest trudnym do osiągnięcia ideałem.

*

Prowadzimy z żoną4 muzeum z rzeźbami ojca5, ale oprócz części muzealnej mamy też część ekspozycyjną. Kiedyś zaczęliśmy realizować taki zamysł pod tytułem „Drewno”, wychodząc z założenia, że drewno jest materiałem, które tutaj, na południu Polski, jest bardzo istotne. Jest wspólnym mianownikiem dla wielu aktywności związanych z kulturą, ze sztuką: drewno w architekturze, w sprzętach użytkowych, w rzeźbie, w muzyce. Zrobiliśmy wystawę, która inaugurowała realizowanie tego pomysłu. Było trochę rzeźbiarzy pracujących w drewnie, były różne artefakty, które uznaliśmy za ciekawe, no i oczywiście w tym zestawie nie wyobrażaliśmy sobie, że może zabraknąć Heródka. Wystawa była bardzo kameralna, ale chyba nam się udało. Tych obiektów nie było wiele, ale każdy był istotny i znaczący. Heródek był blisko „nowo-dzikich” rzeźb Klamana6. Bardzo brutalnie traktował drewno siekierą i piłą łańcuchową. Bardzo brutalnie malował je ostrymi kolorami. Irytowałem się, jak dla Klamana szukano korzeni w ekspresjonizmie niemieckim i w takich rejonach dopatrywano się źródeł, a Klaman – mimo że jest artystą kojarzonym z Gdańskiem – jest z Nowego Targu, jest po Kenarze. Myślę, że w tamtych czasach zarówno prace Heródka, jak i Sutora doskonale znał. Być może była taka inspiracja, też nieuświadomiona? Gdzieś z tyłu głowy ten Heródek prawdopodobnie oddziaływał. Po wystawie „Drewno” wypożyczyliśmy trzy prace Heródka z Muzeum Tatrzańskiego i na ładnych parę lat zadomowiły się w galerii pomiędzy rzeźbami ojca. One sobie stały. To było bardzo miłe. Zestaw, który był u nas, dość podobny był do tego zestawu, który pojechał do Kazimierza7. Jeśli jest jakaś okazja, żeby Heródka pokazać, gdzieś się komponuje z jakimś pomysłem na wystawę – tak jak chociażby w Kazimierzu Dolnym – no to wracam do niego cały czas.

*

Mam takie przekonanie, że w co drugim zakopiańskim domu jest jakiś Heródek…

Z dzieciństwa pamiętam, o Heródku wszyscy wiedzieli. Bardzo dużo się o nim mówiło i był bardzo, cenionym artystą. Potem ta popularność nagle przygasała. Porównując go z innymi artystami na Podhalu – Janas z Dębna, Sutor – oni cały czas funkcjonują, a Heródka nie ma. Jest grono, które Heródka zna i bardzo ceni. Wśród młodych ludzi na hasło „Nikifor” wszyscy coś widzą, tak jak o Heródku dawniej wiedzieli wszyscy. Teraz – tępe spojrzenie i nikomu z niczym ten Heródek się nie kojarzy… Był taki czas, że zainteresowanie sztuką ludową było zdecydowanie większe. Podobną historię ma Paszyn. To nieprawdopodobne zjawisko, i tylu wspaniałych rzeźbiarzy, a też gdy się opowiada o Paszynie, to większość ludzi robi wielkie oczy i okazuje się, że nie wiedzą nic. Wydaje mi się, że kłopot polega na tym, że zbiory znajdują się w rękach etnografów. Oni mają kompletnie inne podejście do tych obiektów. Etnografom co innego w głowie. Jakby system wartości trochę inaczej mają ustawiony, pod innym kątem. Twórcy typu „Heródek” czy Paszyna są wrzucani do szufladki „wioskowi wariaci”. Ważniejszy jest ktoś, kto po raz pierwszy wyrzeźbił jakiegoś Nepomucena w taki a taki sposób, bo w tym regionie się tak nie rzeźbiło, a że kiepska rzeźba, no to nikt na to nie zwraca uwagi. To jest bardzo zabawne, jak się różni podejście etnografa i rzeźbiarza. Z punktu widzenia etnografa Heródek nie jest zjawiskiem wyjątkowo ciekawym, a z punktu widzenia artysty jest. Z mojego punktu widzenia to na pewno najważniejszy rzeźbiarz w tym regionie. Zawsze się o to staram, żeby go pokazywać po prostu jako artystę, jako sztukę. Uważam, że trzeba go wyrwać z kręgu etnografii.

*

Na wystawie w Kazimierzu Dolnym moje prace, które tam pokazywałem, były bardzo daleko od tego, co mi się w Heródku podoba. Był tam zbudowany trójkąt: z Heródka, ze specjalnie dobranych rzeźb ojca, a ważnym elementem były dwie drewniane misy, które były pracami maturalnymi Henryka Morela i Adolfa Ryszki8. I właśnie one są najbliżej Heródka: banalnie prosta forma, właściwie okręgi bardzo lekko wyprofilowane, bardzo skromna, delikatna ingerencja kolorem… Od kiedy sztuka została zwolniona z obowiązku pogoni za realizmem, stwierdzenie, że ten artysta jest prymitywny czy naiwny, a ten jest profesjonalistą, ma bardzo umowną granicę. Właściwie rzeźby Heródka, które były na tej wystawie, i te misy równie dobrze mogły być pracami tego samego artysty. Dokładnie ten sam sposób budowania formy i operowania kolorem u tych trzech artystów. Bardzo fajne spotkanie tych rzeźb i tych mis.

Marcin Rząsa, rzeźbiarz z Podhala, wywodzący się z rodziny o tradycjach rzeźbiarskich. Absolwent ZSP im. A. Kenara w Zakopanem oraz Wydziału Rzeźby ASP w Warszawie. Mieszka i tworzy w Zakopanem. Prowadzi galerię rzeźby im. Antoniego Rząsy.

9 kwietnia 2017

Transkrypcja, opracowanie: Maja Spychaj-Kubacka

Redakcja: Janusz Krasoń NOTABENE

 

1 Helena Średniawa – kustosz Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem w latach 1955–82.

2 Antoni Rząsa (1919–1980) – jeden z najbardziej znanych polskich artystów rzeźbiarzy XX wieku.

3 Prawdopodobnie chodzi o jednorazowe stypendium przyznane w 1967 r. przez Ministerstwo Kultury i Sztuki.

4 Magdalena Ciszewska-Rząsa.

5 Galeria Antoniego Rząsy, Zakopane, ul. Bogdańskiego 16a.

6 Grzegorz Klaman, współczesny rzeźbiarz, twórca instalacji.

7 OD/KODOWANIE, wystawa w Muzeum Nadwiślańskim w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą, 23.01.–10.04.2016 r.

8 Rzeźbiarze, absolwenci Szkoły im. A. Kenara w Zakopanem.