Karol Wojciak, ps. Heródek

Pisze Eugeniusz Pastwa, Lipnica Wielka na Orawie

Urodził się w dniu 19 X 1892 r. w Lipnicy Wielkiej w rodzinie chłopskiej jako syn Józefa Wójciaka i Marii z domu Winiarczyk. Nie miał w rodzinie braci ani sióstr, był jedynakiem. Urodził się w miejscu, gdzie obecnie stoi budynek Wincentego Skórki w Sołtystwie Niżnym w Lipnicy Wielkiej, na Kamieńcu. Brak jest wiadomości z jego dziecinnych i młodzieńczych lat. Jednak są wiadomości o jego starszych latach, które pamiętają jego żywiciele jako pasterza do pasienia krów. Można powiedzieć, że †Karol Wójciak urodził się pasterzem, bo do późnych starszych lat pasł krowy. Wielokrotnie zmieniał miejsce, był pasterzem u gospodarzy w Lipnicy Wielkiej. Nie wszędzie czuł znośne warunki pasterza i zmieniał żywicieli. Jako syn i to jeszcze jedynak nie ukończył nawet pierwszej klasy szkoły podstawowej, dlatego nie umiał ani czytać ani pisać. Nie umiał też liczyć, a pieniądze rozpoznawał po napisie  lub po znakach, jakie były na pieniądzach, ale z wielkim trudem umiał sobie z tym poradzić. Posiadał jakąś cząstkę majętności, jednak brak jest wiadomości, co się z nią stało. Jego jedynym szczęściem w nieszczęściu była rola pasterza, jaką mu los przeznaczył. Żył jako pasterz u wielu gospodarzy jako żywicieli we wsi Lipnica Wielka, jak:

U gospodarza Jasiurki Ignacego, u p. Karnafli. U gospodarza Wendelina Białonia, u p. Martyniaków. U gospodarza Jazowskiego Wendelina,  u p. Skoczyków. U gospodarza Józefa Żurka, u p. Skoczyków. Ostatnim jego gospodarzem, u którego przebywał, a też i zakończył pasterzowanie, również on Go dochował do końca życia, jest to rodzina Smreczaka Ignacego. Żyje jeszcze jego była gospodyni w podeszłym już wieku. Aby umilać sobie życie pasterza, chociaż już był starszym człowiekiem zrobił sobie własnym sposobem skrzypce. Wykonał je z deski drzewa świerkowego, a na jednym końcu przybił kijek. Miał do tego instrumentu swojego wykonania przymocowane dwie struny. Struny te były prawdziwe, które mu dawali muzykańci już porwane. Jak pasał krowy w polu, często przyprowadzał je i głodne, a to z tego powodu, że było gdzieś wesele. Nie było wesela ani też pogrzebu, żeby On nie brał udziału w nich. Na wesela ciągnęła go ciekawość, jak gra się na skrzypcach prawdziwych, a pragnieniem Jego było wziąć do ręki prawdziwe skrzypce. Dziwne było Jego zachowanie, gdy ktoś chciał wziąć do ręki jego skrzypce, tego nie spełnił, bo bał się, że mu ich ktoś popsuje. Na pogrzeby chodził każdemu zmarłemu lipniczaninowi, gdyż On musiał zanieść mu krzyż od kościoła na cmentarz. Zawsze nosił ze sobą skrzypce, lecz w późniejszym okresie już prawdziwe, dane mu przez lipnickiego muzykanta stare. Nosił je w długiej kieszeni płaszcza też sięgającego niemal do ziemi. A śpiewał sobie ulubioną przyśpiewkę:

„Siadła mucha do kożucha i zacyna brzynceć.

A ste muchy, dwa kożuchy, trzecie rynkawice”.

Po każdej przyśpiewce i zagraniu na skrzypcach uderzał kilka razy pięścią w blat stołu, co miało mu zastępować jako basy. Miał dobrą wymowę, lecz głos miał tłumiący i chrapliwy. Miał zawsze humor i był wesołego usposobienia. Na weselach umiał zaśpiewać swoją piosenkę przed muzykantami:

„Tak to nom bywało, starodownyk casów, jak któ kcioł zatońcyć, musioł dać do basów”.

Chodził po całej wiosce po domach, ponieważ ludzie mu zawsze dawali żywność. Miał pojemny płaszcz z wieloma kieszeniami, do których wpychał wszystkie dary od ludności. Zapytany przez jednego gospodarza: „Karol, gdzie Ci się tyle tego wszystkiego w tym płaszczu zmieści?”, odpowiedzał, „źe tam duźo się zmieści”.  W wielu domach ludzie zapytywali się go, jak to jest po śmierci z duszą człowieka. Umiał na swój sposób nucić jej los, jaki ją spotka, a tak śpiewał:

„W piekle – nigdam, nigdam, nigdam”, „W czyścu – do casu, do casu, do casu”, „W niebie – radoś, radoś, radoś”.

Odwiedzał często wiejskie skubarki , gdzie też nie brakowało muzyki i śpiewu. Często tam kawalerzy dawali mu zapalić cały papieros, przy którym krztusił się, dokonując dużo śmiechu. Zaglądał też i do baru Gminnej Spółdzielni, bo nie odmówił też wódki czy piwa. Zawsze kawalerzy postawili przed nim piwo, a też dali mu kieliszek wódki. Miał naturę taką, że nie pogardzał niczym, co mu kto dał to zawsze wziął chętnie be z grymasu. Lubiał bardzo dokuczać dziewczętom i paniom dorosłym, szczypiąc je palcami, gdzie się mu tylko dało, a do tego jeszcze przytulał się do nich, pomrukując pod nosem „He, he, he” i śmiejąc się „Moja”. Chodził też po kolędzie, jak chodził ksiądz w czasie Świąt Bożego Narodzenia, a ludzie dawali mu datki pieniężne, a także i żywność, którą nigdy nie gardził, jaką otrzymywał. Umiał też kombinować, żeby być na weselu bez mała na każdym, nawet na drugiej wiosce. Kiedy pasł krowy w porze, gdy był upał, a bąki dokuczały bydłu, zganiał bydło do obory i zamykał. No, często i głodne były jego nienapasione krowy, gdyż wiedząc o weselu gdzieś we wsi, tam go ciągła myśl. Brał swoje skrzypce, wkładając je pod pachę do tej głębokiej kieszeni w płaszczu, wyruszał w drogę, szedł, jak sobie wymyślił w głowie. Gdy wyszedł z domu gospodarza, zaczął brzęczeć jak bąki, biec szybko przed siebie, gdzie było wesele. Pokazywał też dziwne śmieszne zachowanie, gdy ktoś na drodze z napotkanych osób powiedział mu: „Karol, puś motor”. Wówczas On począł biec drogą i dawać sygnał „Pi, pi, pi”, a też naśladował brzęk motoru „Brrrrrrr”. Miał naturę na różne sposoby naśladować nawet i zegar, bo mawiał, że bije: „Bim baam, bim baam, bim baam”. Bardzo lubił piękne kolorowe obrazki, na których by kobiety były, bo gdy dostały się mu do ręki, to przytulał je do piersi swoich i całował je, mrucząc z zadowolenia „He, He, He”. Cała wioska wielkolipnicka znała jego niezmordowaną pracę w korycie wodnym. W rejonie, gdzie pasterzował, regulował bieg wody motyką, robiąc w korycie wodnym motyką rowy, żeby woda nie podmywała brzegów. Na swój sposób wykonywał tzw. odroski, by tym sposobem skierować prądy wody w miejsce, gdzie nie robiła szkód. Po swojemu nazywał też zabezpieczenia szkód wód jako „JAZY”. Miał dziwną naturę co do ubioru swojego. Lubił, co prawdą jest, świecidełka i błyskotki jak małe dziecko, ale nie znosił przyzwoitego ubioru. Jego wygląd musiał być podobny do nędzarza, a mówili ludzie, że chodził ubrany jak dziad. Umaił też paradować jakimś dodatkiem do ubioru męskiego, gdyż nosił na szyi przywiązane krawaty i to w ilości nawet kilka sztuk. Jak dostał płaszcz lepszy, to go musiał na swój sposób przerobić. Podarł podszewki, by mu skrzypce jego weszły do kieszeni większej i głębokiej. Jego ubiór nie miał róźnicy, jaka była pora roku, zawsze chodział w długim płaszczu i z krawatami na szyi i nakryciem jesiennej czapki. Już w starszym wieku zaczął tworzyć sztukę ludową na swoje upodobanie. Robił z kawałków drewna i deszczułek figurki, a nawet rzeźbił scyzorykiem figurki niby to o charakterze sakralnym, jak pietę i aniołki. Jego pracami zainteresowali się znawcy kultury ludowej. Otrzymał nawet niektóre materiały do tej pracy, a jego figurki znajdują się w muzeum sztuk ludowych w Zakopanem.

Przy tej okazji warto przypomnieć mało znane zdarzenie odnoszące się do też skrzypek, które się też znajdują w tym muzeum w Zakopanem. Otóż te skrzypce wykonał też nie fachowiec, lecz samouk, wiejski muzykant dawnych czasów z Lipnicy Wielkiej EMIL ZIEMIANCZYK. Dostały się do rak †Karola Wójciaka p. Heródek, ponieważ, kiedy on pracował z dala od domu, żona jego dała te skrzypki †Karolowi. I żyje twórca i wykonawca tych skrzypek, już mając ponad 80 lat. Miło mu, że jego skrzypki doczekały się zaszczytu muzealnego.

[Ja] Piszący te wspomnienia o Karolu Wójciaku, p. Heródek posiadam aniołka, co On dał, bo mu dawałem piękne obrazki kobiet, które przytulał i całował. Warto wspomnieć, że życie Karola Wójciaka p. Heródka pomimo losu pasterza i biedaka analfabety osnute było wesołością, uśmiechem, życzliwością, nigdy się nie obraził, tylko chrząknął na wszystko. Taki los przeżył, jaki był mu naznaczony. Zakończył swoje dziadowskie granie i śpiewanie. Stwórca skrócił mu ziemską wędrówkę i wezwał go do siebie po nagrodę w niebie. Zmarł w 1969, mając 77 lat u ostatniego gospodarza na służbie Smreczaka Ignacego, mieszkańca Lipnicy Wielkiej, po którym żyjąca jeszcze była chlebodawczyni Heródka, ma życzliwe wspomnienia jako dobrego pasterza i człowieka.

                                                                                                    Zebrał i opisał Jego życie:

                                                                                                    Eugeniusz Pastwa – emeryt

                                                                                                    AD 2001

 

Przypisane spiwki Heródka:

 

Zasełek do krawca,                          

Prawie tam śniodali.                       

Jedyn jaje łupiół,                               

A śtyrze go krajali.                           

 

Przesełek się z młodom,                      

Rzekła do mnie zywo widać.                

A ji ji odpedzioł,                                   

Mozym ci się jesce przidać.                   

 

W nasym Jordunowie

Stały się tam dziwy.

Siadło siedym krawców

Na kobyle siwy.

 

[Pod tekstami „spiwek” widnieje jeszcze kolejny, tym razem odręczny dopisek autora.]

 

Bicie godzin Heródek pojmował:

 

W niebie biją: na wieki, na wieki, na wieki.

W czyścu biją: do casu, do casu, do casu.

W piekle biją: nigdau, nigdau, nigadaju.

 

Mimo że Heródek miał ciężkie życie, to prawie że w życiu mało chorował. Zamiast palicy trzymał rękę prawą na skrzypkach w długiej kieszeni.

 

Bywało starodownyk casów,

Kto se kcioł zatońcyć,

Musioł dać do basów.

 

Nota od redakcji:

W 2001 roku autor miał 68 lat. Powyższy tekst, z wyjątkiem odręcznego dopisku, został przez niego napisany na maszynie przez kalkę. Kopie tekstu trafiły za zgodą autora i za moim pośrednictwem do archiwów muzeów w Krakowie, Rabce-Zdrój, Zubrzycy Górnej i Zakopanem. Wersja opublikowana tutaj, została przepisana przeze mnie z kopii, która jest w moim posiadaniu. Tekst został przytoczony, zachowano styl autora, naniesiono tylko niezbędne poprawki redakcyjne. Poniżej podpisu autora i daty widnieje rodzaj post scriptum. Są to jednozwrotkowe wierszowane utwory, dopisane również na maszynie.

W rozmowach mieszkańcy Lipnicy Wielkiej (m.in.: Karolina Fitak, Emilia Kuliga z domu Żurek, †Augustyn Fitak, Andrzej Stachowiak, Jan Pindziak) cytowali mi opowieści Heródka o tym, jak biją godziny, czy dzwony w piekle, czyśćcu i raju. Wersje różniły się sposobem wymawiania niektórych słów („nigdaj” – „nigdam”). Słowa „radość, radość, radość” przytaczano wymiennie ze słowami „na wieki, na wieki, na wieki”.

***

W rozmowie, którą przeprowadziłam z Eugeniuszem Pastwą 8 listopada 2016 roku w jego domu w Lipnicy Wielkiej na Orawie, wspomniał on, że spisał śpiewki Heródka dzięki pomocy sąsiada, †Alberta Karlaka. Są to śpiewki inne od tych, które poznałam dzięki Ludwikowi Młynarczykowi. Przywoływana „gospodyni w podeszłym już wieku”, „chlebodawczyni” to †Maria Smreczak, żona †Ignacego Smreczaka, ostatniego gazdy, u którego pracował Heródek. Poznałam ją w 2012 roku, kiedy miała 92 lata i już nie mogła mówić. Zmarła rok później. W czasie, kiedy autor opisał ją jako „w podeszłym wieku”, miała 81 lat.

Natomiast rzeźba aniołka należąca do Eugeniusza Pastwy nie zachowała się. Nie przetrwała zawieruchy rozbudowy domu.

Maja Spychaj-Kubacka

Kraków, listopad 2016